Wczoraj obejrzałem The Ring (wersja amerykańska) i naszedł mnie i mojego tatę fajny morał:
Jak ktoś oglądał, to powinien wiedzieć o co chodzi :D.
A jeśli chodzi o sam film, to całkiem mi się podobał. Klimat jest niesamowity. Tylko niestety - ja praktycznie przewidziałem połowę fabuły. Może poza samym zakończeniem na które nie wpadłem. Zresztą - dzisiaj z Dzieckiem Rosemary było tak samo. Właściwie filmu mogłem nie oglądać po pierwszych 20 minutach ;].
Z jednej strony fajnie tak zgadnąć co się stanie, ale z drugiej... Nudziłem się trochę :). Mam nadzieję, że mi wizjonerstwo szybko minie :D.
Widzialem tylko wersje japonska, na szczescie ;)
Nie wiem czy na szczescie. Amerykanska pod wieloma wzgledami jest lepsza, no ale - de gustibus...
Ja tam bym sie nie cieszyl, ze czegos nie widzialem.
Japońska leży u mnie na komputerze, ale średnio chce mi się oglądać. Może kiedyś...
A amerykańską obejrzałem tylko dlatego, że kiedyś w szkole widziałem początek i mnie zaintrygował :)
ech - wole obejrzec oryginal, a nie kopie amerykanska. Po za tym jestem fanem m&a/japonii i juz przyzwyczailem sie do japonskiego. Nie wiem po co amerykance robia swoje wersje, pewnie dlatego, ze jak cos jest z hameryki to jest lepsze ><"
A ja jak ze swoja ex (wtedy jeszcze nie ex ;-) ) ogladalem to strasznie sie na mnie wkurzała, bo smialem sie na polowie filmu. A jak dziecko wyskoczylo z TV to poradzilem temu gostkowi zeby ghula sprobowal załatwic czyms srebrnym, moze widelcem babci... No i mialem awanture :/
Ja akurat nie mam serca do horrorów. Ja się naprawdę czasami boję :D. Na Ringu może nie tak jak na Amityville, ale też byłem spięty :).
A później w każdym pokoju w domu światło :D.
Rąbnięty jestem :D
Morał to ja ukradłem do opisu, taki fajny. :D