Otwieram oczy, patrzę na zegarek jest 7:30. Zastanawiam się co mnie mogło obudzić o tak nieludzkiej porze. Otwieram szerzej oczy i coś mi nie pasuje... Otwieram wejście do namiotu i nie mogę uwierzyć własnym oczom - światłość!
Tak zaczął się piąty dzień wyprawy. Po ciężkim noclegu nad jeziorem Avrig obudził nas niesamowity widok. Zero chmurek i przepiękny krajobraz otaczających nas szczytów (Turnu Lacului (2247) i Varful E. Ciortea (2419)).
Mimo przenikliwego zimna, ciężkiej nocy i mokrych rzeczy zachciało mi się iść dalej. Wreszcie doczekałem się tego po co chciałem jechać - prawdziwych wysokich gór.
Świeciło piękne słońce, więc obudziłem wszystkich żebyśmy zaczęli się suszyć. Wyciągnąłem co mogłem z namiotu i rozłożyłem na kamieniach, których nie brakowało.
Niedługo po tym jak wstaliśmy zaczęły się jednak pojawiać chmurki. Wychodziły zza szczytu, który znajdował się na południowy-wschód od nas.
Jednak chwilę po tym jak pojawiły się za nim, znikały... Przepadały. Wyglądało to jak walka chmur ze słońcem (które było trochę ponad szczytem i wędrowało leniwie do góry).
Do godziny 10:00 wygrywało światło. Niestety, co przewidziałem (jak tu nie być pesymiastą w takich górach? ;), o 11:00 wwiało nam chmury, które już definitywnie przesłoniły wszelkie widoczki.
Niechętnie się zbieramy i po godzinie ruszamy dalej. W tym czasie nad jezioro schodzi grupa 20 Rumunów i kiedy moja mama chce wyrzucić kilka puszek na ogromną ich hałdę (mówiłem, żeby tego nie robiła ;/), jeden z nich zwraca nam uwagę. Zdziwiło nas to mocno, bo czytaliśmy i sami też już widzieliśmy, że Rumuni śmiecą gdzie popadnie. Zapewniliśmy jednak pana, że następnym razem weźmiemy wszystko ze sobą i poszliśmy dalej.
Tego dnia doczekałem się nie tylko pięknych widoczków, ale i drugiej rzeczy na jaką czekałem - trudniejsze przejścia.
Już na starcie trafiamy na stromy, urozmaicony skałami i żlebami trawers. Niestety razem z frajdą dla mnie zaczęły się problemy mojego taty Kije trekingowe zaczęły mu bardzo przeszkadzać, a obawa przed zbyt mocnym zgięciem kolana i urazem skutecznie wydłużała nam przejście. W pewnym momencie tata nie poczekał aż sprawdzę, czy lepiej pójść żlebem, czy skałami nad miejsce gdzie się żleb zaczynał, ale gdzie pokradziono wszelkie liny i wybrał pierwsze rozwiązanie. Wybrał i ugrzązł. Okazało się, że wszystko tak mocno sypie się w dół (a nie było widać co tak naprawdę jest pod nami i jak daleko się ciągnie to zbocze), że tata zaczepił się wszystkimi kończynami i nie zamierzał ruszyć żadnej z nich z miejsca. Nie pamiętam już dobrze, ale chyba musiałem wtedy sam ściągnąć plecak i jakoś podejść nad tatę i mu pomóc z góry. Pamiętam za to, że już wtedy musiałem się bardziej wysilić i że wiszenie z 20 kilogramowym plecakiem w jednej ręce, z drugą ręką starającą się utrzymać mnie przy skale i mamą nie za bardzo wiedzącą co robić nie jest rzeczą łatwą i bezpieczną ;].
W momencie kiedy męczyliśmy się na trawersie,
dogonili nas Rumuni, którzy już widocznie odpoczęli nad jeziorkiem. Przepuściliśmy kilku z nich i w środku grupy powędrowaliśmy do przełęczy pomiędzy Varful Garbova i Varful Scara.
Tam postanowiłem ściągnąć trochę ubrań z siebie, a reszta rodziny zaczęła rozmowę z Rumunem, który okazał się być bardzo gadatliwą, wesołą i miłą osobą. Nie pamiętam jak się nazywa, a że jeszcze pojawi się kilka razy, to nazwijmy go Dżordż.
Po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. Szybko z Agatą dogoniliśmy naszych nowych znajomych, którzy ruszyli chwilę przed nami z postoju i mieszając się z nimi (niektórzy szli wolno, a niektórzy naprawdę nieźle) wspięliśmy się stromym podejściem na Varful Scarę.
Taka ciekawostka - na dwóch zdjęć widać jak chmury ucinają się na grani. Widok taki nie był w tych górach czymś przypadkowym. Fogarasze mają przebieg ze wschodu na zachód. Na północy jest jeszcze nasz klimat umiarkowany, a na południu od nich klimat zdecydowanie cieplejszy. Północne powietrze, które unosi się i ochładza przy tym, osiąga przed granią punkt rosy i tworzą się tam chmury. Kiedy jednak dochodzi do grani, dużo cieplejsze, południowe powietrze blokuje to drugie i ocieplając je likwiduje chmury. To trochę moja teoria, ale wydaje się być sensowną :)
Tego dnia mój tata nie czuł się najlepiej, a mieliśmy do wyboru dwa miejsca na nocleg. Przełęcz Serbotei przed Varful Serbotą (2331) i przełęcz Cleopatrei pomiędzy Serbotą a Varful Negoiu, na który chcieliśmy się wdrapać następnego dnia, a który znany był z tego że jest jednym z najtrudniejszych szczytów dostępnych szlakiem w całych Karpatach. Ponoć Orla Perć się nie umywa nawet do Negoiu.
Lekko nastraszeni takimi opiniami chcieliśmy spać jak najbliżej Negoiu.
Niestety kiedy schodziliśmy na przełęcz Serbotei zaczął padać deszcz i biorąc pod uwagę nieciekawy stan mojego taty zatrzymaliśmy się tam (doszliśmy około godziny 16:30).
Przełęcz we mgle wydawała się być całkiem płaska. Nie mówię prostopadła do pionu, ale była po prostu jak przechylona o 5 stopni deska. We mgle nie było widać nic więcej, więc zapowiadał się nocleg bez wody, bo nie widzieliśmy jej od dawna, a mapa też nic nie pokazywała w pobliżu.
Ta noc zapowiadała się w porównaniu do ostatniej dużo lepiej. Było spokojnie, chyba bezwietrznie, całkiem ciepło dzięki temu i tylko chmuromgły zasłaniały wszystko.
Około pierwszej w nocy obudziło nas oberwanie chmury. Na szczęście deszcz lejący się wiadrami, nie łaczył się w tym odosobnionym wypadku z wiatrem, więc szybko z powrotem zamknąłem oczy.
Tego dnia też powitało nas słońce. Niestety tym razem nawet nie marzyłem o ładnym dniu, bo co chwilę jakaś chmura psuła mi humor. 
Zebraliśmy się wyjątkowo szybko, bo chcieliśmy uniknąć popołudniowego deszczu (codzień przecież zaczynało padać około 16 (no chyba że padało non-stop:P)) i wyruszyliśmy o 10:00. Od naszej strony wejście na Serbotę było łagodne, więc nie zaczynaliśmy ciężko.

Jednak widok jaki ukazał nam się na górze... Szybko zmienił nasze rozluźnione nastroje. Zresztą napis głoszący, że przy złej pogodzie wstęp na grań zabroniony dużo wyjaśniał :).
Na Serbocie posiedzieliśmy kilka minut. Ja przeszedłem się trochę w dół czerwonym szlakiem (z góry schodził jeszcze żółty, którego oczywiście na mapie być nie mogło). Zszedłem kilkaset metrów i stwierdziłem, że to może być zbyt ciężkie dla mojego taty. Wróciłem na górę i po mojej opowieści postanowiliśmy spróbować zółtym, którym chwilę przed nami zaczęła schodzić jakaś grupka. W pierwszym momencie wydawało nam się, że wybraliśmy dużo łatwiejszą trasę, niestety po chwili dochodzi się do żlebu, przed którym trzeba przetrawersować mocno pochyłą płaską płytę skalną. Tutaj pierwszy raz przydała się lina, którą ściągnęliśmy taty plecak po tym. I rada na przyszłość - worek na mój namiot jest szerszy niż plecak i przypocowany u jego dołu. W takich warunkach niemożliwym jest niezachaczenie nim o jakieś skały. Nie obtarł się może jakoś mocno, ale ślady na tropiku są. Lepiej namiot wrzucić do plecaka (do mojego się nie dało bo to tylko 60l).
Żółtym szalkiem schodzi się tylko chwilkę. Po żlebie następuje wypłaszczenie i bez problemu można wrócić na czerwony. Niestety nie robiliśmy tam zdjęć. Ten dwukilometrowy odcinek był tak trudny, że nikt nawet nie myślał o wyciąganiu aparatu. Ciągła wspinaczka, czasami na granicy dużego ryzyka.
Czytałem o ludziach, który tam spadli kilka metrów i właściwie to... mieli szczęście że tylko tyle ;).
Niedaleko za Serbotą zza skał wyłoniły nam się znajome twarze. Oto Dżordż i jego dziewczyna (powiedzmy Żanet) szli w przeciwnym kierunku.
Okazało się, że nocowali poniżej Negoiu, gdzie zostawili resztę ekipy. Przynajmniej tak nam się wydaje, bo Dżordż mówił tak szybko i chaotycznie, że ciężko było wyciągnąć kto i gdzie kogo i dlaczego zostawił. Skończyło się na tym, że poszli jeszcze kawałek w stronę Serboty, zawrócili, dogonili nas i przez całą drogę na Negoiu robili za naszych przewodników. Zresztą - okazali się bardzo pomocni. Znali już szlak i prowadzili bardzo pewnie.
Praktycznie przez całą grań pomiędzy oboma szczytami trzeba się było wspinać. Dopiero na przełęczy Cleopatrei (niby mieliśmy tam nocować - śmieszne :D) wypłaszczyło się i wreszcie można było odsapnąć. Jeszcze tylko pod samym szczytem trochę wspinaczki i... Około 16:30 zdobyliśmy szczyt.
Niestety niedługo przed wejściem na górę zaczęło kropić i stan już taki utrzymał się do końca dnia. Zmiejszyło to trochę radość bo niedość, że nic nie było widać do okoła, to jeszcze się mokło.
Na górze było zimno, wiało i padało. Był jednak zasięg, więc powysyłałym SMSy :D. Zjedliśmy sobie jakieś konserwy i zabraliśmy się za planowanie zejścia. Dżordż i Żanet postanowili zejść Strungą Draculi. Jest do stromy żleb znajdujący się pomiędzy dwoma płytami skalnymi. Cały olinowany, ale mimo tego wszystkie wycieczki o których czytałem rezygnowały z zejścia tamtędy kiedy padał deszcze.
Naszym przewodnikom się nie dziwie,
że poszli żlebem Draculi, bo sam też bym poszedł. Byliśmy jednak całą rodziną, więc postanowiliśmy zejść Strungą Doamnei.
Miała być prostsza i pewnie była, ale próba nie zabicia się na osypującym się żlebie, a później przeciśnięcia się przez szeroką na jakiś metr szczelinę w skale zajęła nam sporo czasu.
Nad jezioro Caltun zwlekliśmy się dopiero o 18:00. Schron był już zajęty przez grupkę Rumunów, więc mimo bardzo silnego wiatru i deszczu musieliśmy rozbić namioty. Niestety nad jeziorem nie ma żadnych naturalnych osłon i na dodatek w miejscu położonym najniżej było już rozbite kilka namiotów. Zmuszeni więc byliśmy do rozbicia się na wzniesieniu.
Wiatr się wzmagał i zapowiadała się bardzo ciężka noc...
Prawda, że piękne? :D Od dzisiaj jestem Gucio. Muszę sobie tylko załatwić czułki, skrzydełka i mogę wbijać na mecz :D
Butki już przetestowałem i muszę powiedzieć, że były warte nawet tej ceny sklepowej (na placu zapłaciłem 100zł mniej). Mam nadzieję, że cena taka niska, bo zółte się sprzedać nie chciały ;D.
Wczoraj Oleq napisał kilka słów o conkym. A dzisiaj ja dokończę.
Niestety znanym problemem tego bardzo przyjemnego desktopowego monitora systemu jest jego problem z integracją z... pulpitem właśnie :). Otóż kiedy włączymy w .conkyrc opcję double_buffer (dzięki której, podczas odświeżania statystyk, conky przestaje mrugać) znikają z pulpitu wszystkie ikony.
Dlaczego tak się dzieje - nie wiem. I nie był pewien ktoś u kogo znalazłem rozwiązanie. Prawdopodobnie conky, tworząc swoje okno duplikuje tapetę i nakrywa nią cały pulpit. Rozwiązaniem tego problemu jest programik feh, użyty w ten o to sposób:
feh --bg-scale `dcop kdesktop KBackgroundIface currentWallpaper 1`
Kod ten wraz z kodem inicjalizującym conkiego można wrzucić do folderu ~/kde/Autostart/ - wtedy wszystko będzie się automatycznie uruchamiało podczas startu KDE.
Ps. Ważne jest takie o to ustawienie opcji own_window:
own_window yes own_window_type dektop own_window_transparent yes own_window_hints undecorated,below,sticky,skip_taskbar,skip_pager
Oleq się chwalił swoją konfiguracją, a teraz moja wraz ze screenem :) 
use_xft yes
background yes
xftfont Monospace:size=9
xftalpha 0.1
update_interval 1.5
total_run_times 0
double_buffer yes
alignment top_right
gap_x 25
gap_y 25
minimum_size 170 5
own_window yes
own_window_type dektop
own_window_transparent yes
own_window_hints undecorated,below,sticky,skip_taskbar,skip_pager
default_color gray
defalut_shade_color black
border_margin 4
border_width 1
TEXT
${color white}$alignc$sysname $kernel on $machine
${color white}$alignc${exec whoami} @ $nodename
$hr
${color #777777}Date: ${color white}${time %A,%d %B}
${color #777777}Time: ${color white}${time %k:%M:%S}${alignr}${color}Uptime: ${color white}$uptime
$hr
${color #777777}CPU:${color white} ${cpu cpu1}% ${cpubar cpu1}
$cpugraph
${color #777777}RAM:${color white} $memperc% $mem/$memmax $membar
${color #777777}Swap: ${color white}$swapperc% $swap/$swapmax ${swapbar}
$hr
${color #777777}Name PID CPU% MEM%
${color white} ${top name 1} ${top pid 1} ${top cpu 1} ${top mem 1}
${color white} ${top name 2} ${top pid 2} ${top cpu 2} ${top mem 2}
${color white} ${top name 3} ${top pid 3} ${top cpu 3} ${top mem 3}
${color white} ${top name 4} ${top pid 4} ${top cpu 4} ${top mem 4}
$hr
${color #777777}Down:${color white} ${downspeed eth0} kb/s${color #777777}${offset 50}Up:${color white} ${upspeed eth0} kb/s
${color white}${downspeedgraph eth0 32,130} ${color white}${upspeedgraph eth0 32,130}
$hr
${color #777777}/ ${color white}${fs_used /}/${fs_size /}
${color white}${fs_bar /}
${color #777777}/home/ ${color white}${fs_used /home}/${fs_size /home}
Postanowiłem sobie przekompilować KDE (z 3.4 do 3.5) na moim Gentoo. Miałem małe obawy co do tego, czy późnej nie będę musiał instalować całego systemu od początku, ale ku mojemu zdziwieniu kompilacje kolejnych pakietów nie kończyły się żadnymi problemami. Nie stało się też nic jak po wymianie połowy zależności na 3.5 zresetowałem komputer.
Po zakończeniu upgrade'u przeładowałem system i KDE. Niestety siadły mi panele i nie miałem się jak dostać do Control Center, ale po chwili szukania znalazłem gdzieś w katalogach KDE to czego potrzebowałem.
Właściwie to przekompilowałem KDE, bo chciałem trochę zmienić jego wygląd. Przeglądnąłem kde-look i ściągnąłem dekorację okien Crystal. Do tego dołożyłem styl QtCurve (zmieniłem w ustawieniach General appearence na Dull Glass, a w Menus and Toolbars Coloration na none). Na koniec znalazłem sobię ikony - SnowIsh, które właściwie wymagały odemnie najwięcej pracy, bo musiałem dokompilować kdeimagemagick (+zależności). Właściwie to już nie wygląd KDE, ale też coś szpanerskiego - zmieniłem sobie splasha na VariableFingerPrint (moodin'a musiałem dokompilować). I tak o to po kilku godzinach doszedłem do wyniku jak na screenach.
Jeśli ktoś jest spostrzegawczy to na pewno zobaczy, że zmienia się na tych screenach kolor paska okna nieaktywnego. Stało się tak dlatego, że wyłaczyłem przeźroczystość. Niestety mój komputer, bez zainstalowanych sterowników nvidii (dzisiaj próbowałem, ale właściwie, to wolę nie kombinować), trochę jest za wolny.
Próbowałem jeszcze na koniec dołożyć jakieś (co to są właściwie?) karamby. Odpaliłem superkarambe i niestety okazało się, że średnio działa. Tzn. nie ściagała zawsze (tego czegoś) podczas instalacji, a przy niektórych (?) się wywalała. Z działających to spodobał mi się Truva i może go sobie przetłumacze na polski, bo turecki mnie drażni.
Galeria ze wszystkimi zdjęciami - Fogarasze 2006 (dni 3 i 4).
Noc na polance przebiegła całkiem spokojnie. Było cieplutko, nie padało i jedyne co przeszkodziło nam w odpoczynku, to jakieś krowy, czy co, pędzone przez polanę i ludzie potykający się o linki od naszego namiotu. Niestety nie przyszło nam do głowy, że ktoś się będzie o 2. w nocy kręcił.
Budziki mieliśmy nastawione na 7:30,
ale głowę podniosłem dopiero godzinę później i tak będąc pierwszym, który to zrobił. Do 10-tej wszyscy się zebraliśmy, a jedyną atrakcją były osiołki pędzone przez polankę i ten sam pasterz co wczoraj rozmawiający przez swoją komórkę (lol :D).
Aha - i ważne - zjedliśmy na śniadanie nasze ostatnie kromki chleba. Jakoś tak wyszło, że nie kupiliśmy go więcej, a ja dałem się przekonać, że wyżyjemy na kus-kusach z mielonkami, [pire] z roztopionym w nim wysuszonym wcześniej serem (pychota :)), kisielach, zupkami mlecznymi i tym podobnych rzeczach.
Tak więc o 10:30 zaczęliśmy dalszą wspinaczkę pod górę.
Jak pisałem - mapa zaczynała nam się czymś charakterystycznym od 1400mnpm (wczoraj rypnąłem się co do wysokości na jakiej spaliśmy. To chyba było okło 1200m), kiedy to wychodzi się z lasu na połoninę. Po godzinie już łagodniejszego niż wczoraj podejścia doszliśmy na połoninkę. Zrobiliśmy tam postój, bo widoki były piękne. Spotkane pasterki na hasło "gumi-gumi" poczęstowaliśmy gumami do rzucia (moja mama długo nie mogła dojść do tego co chce od niej Rumunka :D).
Pogodę mieliśmy z rana niezłą (jak widać na zdjęciach). Świeciło słoneczko i tylko gdzieś dalej widać było nadciągające chmury. Niestety podczas postoju chmury doszły już do nas i wszystko nam zasłoniły.
Od teraz wspinaczka była już przyjemniejsza. Widać było z każdym osiągnięciem następnego grzbietu i rozstąpieniem się chmur piękne połoniny,
a wraz z wysokością pojawiały się też jakieś skałki. Do Saua Corbului (Saua, to przełęcz) doszliśmy po krótkim czasie od odpoczynku i tam zeszliśmy z czerwonego krzyża, na czerwony pasek, którym idzie głównym grzbietem Fogaraszy.
Czerwony pasek i czerwony krzyż to nazwy znaków. Nie za bardzo wiem jak można inaczej nazywać ich szlaki, więc zastosowałem formę opisową. W Fogarasza oprócz krzyża i paska są jeszcze kółka i trójkąty (namiociki takie). Oczywiście jest też podział na kolory.
Następnie wchodzi się na Chica Fedelesului. I niestety nie wiem, kiedy tam byliśmy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały później, że szczyt ten osiągnęliśmy szybko. Jednak właśnie patrzyłem na zdjęcia z innej wyprawy i zdjęcie, które oni zatytuowali "Spre Chica Fedelesului" (cokolwiek znaczy Spre), to to gdzie się rozbiliśmy.
Moim zdaniem jednak tak nie jest. I nocowaliśmy dwa kilometry dalej za Varful Tatarul. Niestety mapa jest tak beznadziejna (w sensie mało dokładna, ale o tym później), że stwierdzić się tego nie da i do dzisiaj nie wiem.
W każdym razie - jakoś przed 16:00 zaczęły nas gonić grzmoty i ciemne tym razem chmury. Teraz już nikt nie kłócił się ze mną, że będzie padać
(ja mówiłem o rychłym deszczu od rana, kiedy zobaczyłem je w oddali :D) i szybko się rozbiliśmy (to jest, jeśli się nie mylę, że byliśmy za Tatarulem - 1800mnpm). Tylko skończyliśmy wrzucać plecaki do namiotu, zaczęło padać i wiać (wiatr widać na zdjęciu, bo się już namiot lekko kładł. Niestety namioty Scout III Salewy są wysokie (125cm) i nieprzystosowane do takiego wiatru).
Następne dwie godziny wyglądały tak - lekki deszczyk, mocniejszy, leje, cisza, dup-dup, mocniejszy grad, mocny grad, cisza... lekki deszczyk i tak w kółko kilka razy.
Padać przestało koło 18:00, więc udało nam się wtedy coś zjeść i zrobić trochę zdjęć. Do wieczora jeszcze tylko trochę popadało i kiedy kładliśmy się spać był już spokój. Co najważniejsze - nie wiało, więc tę noc też całą przespaliśmy.
Niestety o 7:30 obudził mnie deszcz,
który padał do 10:00. Korzystając z chwili spokoju poszedłem po wodę, na dół na przełęcz gdzie dnia poprzedniego widzieliśmy źródełko. Przydał się tutaj składany baniak na wodę. Miejsca w plecaku zajmuje mało, a 5l pojemności wystarcza na prawie cały postój (posiłki i mycie).
Będąc po wodę jeszcze trochę zmokłem, ale chwilę później chmury się przerzedziły i postanowiliśmy się zbierać. Jakoś tak w trakcie naszego pakowania zeszły do nas dwa dzikie konie. Piękny widok - zresztą są zdjęcia.
Nim skończyliśmy składać namioty zaczęło znowu padać i stan taki utrzymał się przez cały ten dzień. Tak samo zresztą jak i totalne mleko dookoła nas.
Do Saua Surului doszliśmy szybko (co by też potwierdzała moją tezę apropo miejsca naszego obozowania), bo po jakiejś godzinie (około 3km na mapie). W tym momencie byliśmy już pewni, że osiągnęliśmy wysokość 2000 mnpm, co było dla mnie o tyle ważne, że nigdy nie byłem na piechotę tak wysoko. Po przełęczy Surului idzie się szybko prawym trawersem, ponieważ szlak nie zmienia wysokości,
aż do czasu kiedy to zaczynamy się wspinać na Varful Budislavu (2343) - zdj.
Kiedy robiliśmy zdjęcia na Budislavu minął nas bardzo ciekawy turysta. Wyglądał na indianina, zawinięty był w ponczo i trzymał w ręcę coś co nazwał bym ciupagą. Widzieliśmy go jeszcze później, kiedy się rozpadało trochę bardziej. Zatrzymał się (chyba już na noc :|) w ten sposób, że usiadł z plecakiem, zakrył się folią, a następnie jakimś cudem obwiązał sznurkiem.
Najtrudniejsze, a właściwie najwolniejsze, całego tego dnia okazało się zejście nad Lacul Avrig (2007). Doszliśmy nad nie około 18:00 i oczom naszym nie ukazało się jeziorko, a wielki śmietnik. Sterta puszek wysoka chyba na 1,5m. Rumuni nie dbają o to gdzie wyrzucają śmieci, a zagraniczni turyści widząc taki kopczyk niestety się dokładają (o tym też później).
Jako że nad jeziorem było dużo kamoli, a my mieliśmy dwa namioty i nie dało się znaleźć miejsca dla dwóch obok siebie, rozbiliśmy się nieco wyżej. Osłonięci od wiatru nie byliśmy, miejsce to okazało się być jednym wielki sraczem (miejscami kilka kupa na metr kwadratowy), ale wyboru nie mieliśmy. Niestety myśmy z Agatą wybrali miejsce, które okazało się być pochyłe i mocno bulowate (w sensie ziemia była krzywa :D). Zmyliła nas trawa, która wszędzie rosła do tego samego poziomu. Tak więc spało mi się mocno kiepsko tego dnia.
Było już późno, więc staraliśmy się od razu pójść spać (oczywiście nie tak od razu - bo jeszcze musiałem coś zjeść :D). Niestety wiało mocno tego dnia i zmuszeni byliśmy podtrzymywać namiot. Na dodatek wszystko było wilgotne, włącznie z powietrzem, a na tej wysokości, kiedy temperatura na termometrze spada do 5 stopni, wydaje się że jest dużo poniżej 0. Zresztą - mocno ubrany zmarzłem w śpiworze z ekstremum -3, a poniżej 0 nie było na pewno.
I jedna obserwacja na koniec - po godzinie 21:00 znowu zrobiła się cisza. Tylko ta zasrana mgła, od której robi się nie dobrze, która zasłania całe góry, a w skrajnych momentach nawet osobę stojącą kilka metrów od obserwatora. Niby nic, ale tak bura pogoda utrzymująca się przez tak długi czas (mówię z perspektywy następnych dni) sprawiała, że wszyscy stawali się ponurzy, nerwowi i niechętni do czegokolwiek. No i gór nie było w ogóle widać.
Ale o tym właściwie powinienem pisać następnego dnia.
Na razie koniec :).
To jest pierwsza część opisu moich wakacji w Fogaraszach - przepięknych rumuńskich górach, trochę podobnych do naszych Tatr. Różnice są jednak ważne - Fogarasze są puste jak Bieszczady i można się tam rozbijać w dowolnym miejscu.
Zdjęcia będę powoli dodawał do albumów. Dzisiaj wrzuciłem część pierwszą zdjęć.
Ok - zaczynam :). Trzymajcie się, pomódlcie, bo przeprawa przez mój dzienniczek pokładowy będzie ciężka :). Na dodatek dzisiaj mało o górach, a to chyba najciekawsze.
O 8:00 byliśmy już na wrocławskim Dworcu Głównym. Jeszcze tylko do kiosku po gazety na drogę i wsiadamy do pociągu - kurs Kraków Główny. Podróż pociągiem przebiegała spokojnie. Nie było zbytniego tłoku, rodzinka, która dosiadła się do naszego przedziału nie miała tak dużo bagażów jak my, więc jakoś te wszystkie plecaki upchaliśmy ma górze.
Korzystając z chwili czasu warto żebym przedstawił naszą ekipę/rodzinę.
Dosyć ważne, że niedawno przechodził zabieg usuwania wody z kolan (punkcję). Trochę się martwimy jak zniesie wyprawę.O 13stej z kawałkiem dojeżdżamy do Krakowa, czyli na razie wszystko zgodnie z planem. Z dworca wyjść się normalnie nie da, wszystko okazuje się rozkopane. Jakieś remonty niby.
Chwilę kluczymy, ale wychodzimy na zewnątrz. Autokar mamy dopiero o 17:00, więc jest jeszcze czas żeby coś zjeść. Udajemy się do Rynku, zostawiamy rodziców i plecakami na ławce pod Sukiennicami, a sami z Agatą idziemy się przejść i poszukać czegoś ciepłego do zjedzenia. Wybieramy jedyną sensowną pizzerię (bieda tam w Karkowie :P) - Dominum (czy jakoś tak) - jemy, pijemy i wcale nie tak bardzo najedzeni, bo pizza była jakaś mała, idziemy pod Dom Turysty.
Trochę po czasie podjeżdża autokar, który ma nas zawieść do Rumunii. Nasz tata, szukając dojazdu do Rumunii, wpadł na ogłoszenie biura Horyzonty, które organizuje wycieczkę objazdową po Transylwanii. Okazało się, że mają w autokarze wolne miejsca, więc za 100zł od osoby postanowiliśmy się z nimi zabrać.
Kierownik wycieczki okazał się być bardzo miłym człowiekiem. Po drodze rozbawiał nas trochę dziwnymi, ale całkiem znośnymi żartami, więc podróż przebiegała całkiem miło. Gdzieś o 4 w nocy byliśmy na granicy Węgiersko - Rumuńskiej. Trochę się obawialiśmy o nasze paszporty, które są ważne tylko do listopada 2006 (taty) i stycznia 2007 roku (reszta), a kilka dni przed wyjazdem przeczytałem, że trzeba mieć pół roku zapasu. Na szczęście nie było żadnych problemów, mimo tego, że na tej granicy postaliśmy najwięcej czasu. Wiadomo - wyjeżdżamy z Unii ;).
Już rano dotarliśmy do Klużu (Cluj-Napoca) - średniej wielkości, uniwersyteckiego miasta. Zatrzymaliśmy się pod kościołem św. Michała. Tam dano nam godzinę na zwiedzanie i jakiś odpoczynek. Kościół całkiem ładny, ale mnie bardziej zainteresował wielki pomnik Michała Korwina (niestety nie mam zdjęć). Aha - bym zapomniał. Dużo się czyta o cyganach. I oczywiście, tylko postawiliśmy pierwsze kroki poza autokarem, a już podleciało do nas jakieś ciemne dziecko. Irytujące... Olewane zostawiło nas w spokoju, ale ogólnie - niemiłe wrażenie. I jeszcze jedno - 90% samochodów to Dacie ;] Jeszcze gorzej niż w Czechach ;D
Około 15 dojechaliśmy na miejsce, czyli do Sighisoary. 22 godziny podróży - jak się później okazało - całkiem krótko :). Autokar pojechał dalej, a my, w deszczu, udaliśmy się do poleconego hotelu - Steua.
Za 4 osoby zapłaciliśmy po negocjacjach (bo standard, mimo że czysto, raczej nie wyższy niż średni turystyczny) 100lei, czyli około 120zł.
Szybko zostawiliśmy rzeczy w pokojach i poszliśmy "na miasto" poszukać czegoś do jedzenia i kupić bilety na pociąg do Sibiu.
Co zauważyłem - na 10 sklepów umieszczonych na jednej ulicy (główna w Sighisoarze) - 5 to były sklepy spod znaku Orange inne z komórkami. Widok przerażający ;]
Nie mając ochoty szukać stacji, poszliśmy coś zjeść. W restauracji okazało się całkiem tanio. Każdy postanowił spróbować rumuńską ciorbę. Średnio mi później tego typu zupy przypadły do gustu, bo wolę, jak to co mam na talerzu jest ciężkie, gęste i się tak nie przelewa, ale reszcie rodziny smakowało :).
Na drugie danie zamówiliśmy sobię z Agatą po pizzy. 9.50 lei, 0.5kg wagi - widać na zdjęciu. Siedziałem nad tym chyba z godzinę, ale udało mi się zjeść. Sądzę, że tego dnia nikt tego poza mną nie dokonał, bo wszystkie talerze wracały z resztkami pizz(?) :). Agata, mimo że wspierana przez tatę zostawiła 1/3 na talerzu.
Tanio i pełno w brzuszku (jak się okazało - na kilka dni).
Posiedzieliśmy w środku jeszcze trochę, bo na dworze było straszne oberwanie chmury, a następnie podzieliliśmy się. Rodzice poszli szukać dworca, a my z Agatą do hotelu, bo oboje ledwie chodziliśmy. Po wejściu do pokoju od razu padłem na łóżko, bo zaczął mnie strasznie boleć brzuch i po chwili męczarni zasnąłem. Obudziłem się jak już było ciemno na dworze i jak wszyscy wziąłem ostatnią na kilka dni normalną kąpiel. Z nadal pełnym żołądkiem walnąłem się spać.
Właściwie, to opisałem przy okazji "Dzień 1. - 05.08.06", przejdę więc od razu do dnia drugiego.
Jak wynikało z rekonesansu przeprowadzonego przez naszych rodziców, pociąg do Copsa Mica mieliśmy mieć około 11:30. Nie śpiesząc się więc zbytnio, zebraliśmy rano wszystkie klamoty i objuczeni tym wszystkim ruszyliśmy na dworzec. Po drodze zajżeliśmy na stację busów, która dnia poprzedniego była zamknięta i nie dało się nic dowiedzieć. Okazało się, że o 13:00 odjeżdża bus prosto do Sibiu, więc nie musielibyśmy się przesiadać po drodze w Copsa Mica.
Cena też nie była wygórowana (wydaje mi się teraz, że to było 40lei za 4 osoby), więc postanowiliśmy, że rezygnujemy z pociągu.
Bus zajechał około 20 minut przed planowanym czasem odjazdu i niestety okazał się być pełny - tzn. nie było żadnych wolnych miejsc siedzących. Zmuszeni więc byliśmy do ponad godzinnego stania, trzymania się jedną ręką czego się dało (a nie było żadnych uchwytów, poza ledwie wiszącą rurą), a drugą stabilizowania plecaków, które przy takiej jeździe same stać nie chciały, a inni pasażerowie nie byli zachwyceni jak się o nich obijały, czy chociaż opierały. Tak apropo - w Polsce już nie można stać podczas jazdy takimi busami. W Rumunii jest to jeszcze dozwolone.
Podróży jak się okazało nigdy nie zapomnimy. Kierowca już w samej Sighisoarze, na wąskiej i jak wszędzie tam krętej drodze, rozpędził się do 100km/h, jedząc przy tym chipsy. Na zakrętach zamiast zwalniać dociskał do 120km/h. Nie bał się też żadnych rowerzystów, pieszych idących poboczem. Kiedy tylko zobaczył jakąś przeszkodę na drodze, od razy trąbił (jak i wszyscy rumuńscy kierowcy). Kierowca miał też tendencję do ścinania zakrętów (nie wiedząc co jest za nim ;]) i jazdy środkiem jezdni. W pewnym momencie, kiedy skończyły się chipsy, postanowił na dodatek napić się Coli i bez wahania używał dwóch rąk do manipulowania butelką. Niestety trochę za połową drogi do Sibiu bus nagle zaklekotał i silnik chyba został na asfalcie. Postanowiliśmy wysiąść i dla odmiany trochę posiedzieć. Kierowca w tym czasie zadzwonił do kogoś i ku naszemu zdziwieniu po 5 minutach (jak nie szybciej) podjechał następny bus, z którego wyrzucono pasażerów i załadowano nas.
W Sibiu wysadzono nas pod jakimś stadionem. Nie posiadaliśmy żadnej mapy, więc nie mieliśmy pojęcia gdzie jesteśmy i w którą stronę na dworzec. Los się jednak do nas uśmiechnął, bo pierwszy spytany o coś kierowca, akurat jechał w okolice gary (dworca). Sibiu okazało się strasznie rozkopane. Okolice dworca wyglądały jak jeden wielki plac budowy. Rumunia przeżywa teraz chyba boom gospodarczy i wielkie budowy spotykaliśmy na każdym kroku i wszędzie. I mimo że wydaje się, że poziom Polski osiągnie szybko (poza cyganami, to wcale nie jest tam tak biedniej), to uważam, że jest jeszcze mocno zacofana i do Unii jej daleko. Zbyt duży panuje tam jeszcze bałagan (dosłownie i w przenośni), żeby uznać ich za cywilizowany, europejski kraj. Ja osobiście dałbym im jeszcze kilka lat, żeby się podciągnęli i dopiero pozwolił wejść do UE. Z drugiej strony - co sobie myśleli Niemcy jak przyjeżdżali do Polski kilka lat temu :).
Wracając do wyprawy - niedługo po 15:00 byliśmy w Turnu Rosu (400m npm) - naszej bazie wypadowej na Fogarasze. Od razu z dworca poszliśmy w lewo na szlak. Z początku szło się ciężko, bo szlak w wiosce malowany nie był od lat jakichś... właściwie to nigdy nie był :P, a nasza mapa zaczynała się dopiero sporo za Turnu Rosu. Przypadkiem, a może za sprawą mojej kobiecej intuicji, trafiliśmy na główną drogę we wsi, gdzie spotkaliśmy luzem chodzące krowy i konie (w Polsce raczej rzadkie zjawisko).
Po wyjściu z Turnu Rosu szlak wiedzie drogą, więc zaczęliśmy łagodnie. Jednak jakiś czas za kościółkiem
(szlak nie skręca do kościółka!) wchodzi się na stromą grań i przez następne dwie godziny trzeba się niestety wspinać.
Na wysokości ok. 1200m dochodzi się do bardzo fajnej polanki (wreszcie kawałek płaskiej ziemi). Było już późno, więc postanowiliśmy się tam rozbić. Kawałek niżej było źródełko, więc i z wodą nie było problemu.
Dodam jutro. Co za dużo, to niezdrowo (no i jogga muszę znowu czymś zapełniać). Zresztą - nawet ja nie potrafię tego co napisałem przeczytać w całości :D. A jutro będzie już o górach i zdjęcia będą z gór, więc będzie ogólnie ciekawiej :). Obiecuję.