To jest pierwsza część opisu moich wakacji w Fogaraszach - przepięknych rumuńskich górach, trochę podobnych do naszych Tatr. Różnice są jednak ważne - Fogarasze są puste jak Bieszczady i można się tam rozbijać w dowolnym miejscu.
Zdjęcia będę powoli dodawał do albumów. Dzisiaj wrzuciłem część pierwszą zdjęć.
Ok - zaczynam :). Trzymajcie się, pomódlcie, bo przeprawa przez mój dzienniczek pokładowy będzie ciężka :). Na dodatek dzisiaj mało o górach, a to chyba najciekawsze.
O 8:00 byliśmy już na wrocławskim Dworcu Głównym. Jeszcze tylko do kiosku po gazety na drogę i wsiadamy do pociągu - kurs Kraków Główny. Podróż pociągiem przebiegała spokojnie. Nie było zbytniego tłoku, rodzinka, która dosiadła się do naszego przedziału nie miała tak dużo bagażów jak my, więc jakoś te wszystkie plecaki upchaliśmy ma górze.
Korzystając z chwili czasu warto żebym przedstawił naszą ekipę/rodzinę.
Dosyć ważne, że niedawno przechodził zabieg usuwania wody z kolan (punkcję). Trochę się martwimy jak zniesie wyprawę.O 13stej z kawałkiem dojeżdżamy do Krakowa, czyli na razie wszystko zgodnie z planem. Z dworca wyjść się normalnie nie da, wszystko okazuje się rozkopane. Jakieś remonty niby.
Chwilę kluczymy, ale wychodzimy na zewnątrz. Autokar mamy dopiero o 17:00, więc jest jeszcze czas żeby coś zjeść. Udajemy się do Rynku, zostawiamy rodziców i plecakami na ławce pod Sukiennicami, a sami z Agatą idziemy się przejść i poszukać czegoś ciepłego do zjedzenia. Wybieramy jedyną sensowną pizzerię (bieda tam w Karkowie :P) - Dominum (czy jakoś tak) - jemy, pijemy i wcale nie tak bardzo najedzeni, bo pizza była jakaś mała, idziemy pod Dom Turysty.
Trochę po czasie podjeżdża autokar, który ma nas zawieść do Rumunii. Nasz tata, szukając dojazdu do Rumunii, wpadł na ogłoszenie biura Horyzonty, które organizuje wycieczkę objazdową po Transylwanii. Okazało się, że mają w autokarze wolne miejsca, więc za 100zł od osoby postanowiliśmy się z nimi zabrać.
Kierownik wycieczki okazał się być bardzo miłym człowiekiem. Po drodze rozbawiał nas trochę dziwnymi, ale całkiem znośnymi żartami, więc podróż przebiegała całkiem miło. Gdzieś o 4 w nocy byliśmy na granicy Węgiersko - Rumuńskiej. Trochę się obawialiśmy o nasze paszporty, które są ważne tylko do listopada 2006 (taty) i stycznia 2007 roku (reszta), a kilka dni przed wyjazdem przeczytałem, że trzeba mieć pół roku zapasu. Na szczęście nie było żadnych problemów, mimo tego, że na tej granicy postaliśmy najwięcej czasu. Wiadomo - wyjeżdżamy z Unii ;).
Już rano dotarliśmy do Klużu (Cluj-Napoca) - średniej wielkości, uniwersyteckiego miasta. Zatrzymaliśmy się pod kościołem św. Michała. Tam dano nam godzinę na zwiedzanie i jakiś odpoczynek. Kościół całkiem ładny, ale mnie bardziej zainteresował wielki pomnik Michała Korwina (niestety nie mam zdjęć). Aha - bym zapomniał. Dużo się czyta o cyganach. I oczywiście, tylko postawiliśmy pierwsze kroki poza autokarem, a już podleciało do nas jakieś ciemne dziecko. Irytujące... Olewane zostawiło nas w spokoju, ale ogólnie - niemiłe wrażenie. I jeszcze jedno - 90% samochodów to Dacie ;] Jeszcze gorzej niż w Czechach ;D
Około 15 dojechaliśmy na miejsce, czyli do Sighisoary. 22 godziny podróży - jak się później okazało - całkiem krótko :). Autokar pojechał dalej, a my, w deszczu, udaliśmy się do poleconego hotelu - Steua.
Za 4 osoby zapłaciliśmy po negocjacjach (bo standard, mimo że czysto, raczej nie wyższy niż średni turystyczny) 100lei, czyli około 120zł.
Szybko zostawiliśmy rzeczy w pokojach i poszliśmy "na miasto" poszukać czegoś do jedzenia i kupić bilety na pociąg do Sibiu.
Co zauważyłem - na 10 sklepów umieszczonych na jednej ulicy (główna w Sighisoarze) - 5 to były sklepy spod znaku Orange inne z komórkami. Widok przerażający ;]
Nie mając ochoty szukać stacji, poszliśmy coś zjeść. W restauracji okazało się całkiem tanio. Każdy postanowił spróbować rumuńską ciorbę. Średnio mi później tego typu zupy przypadły do gustu, bo wolę, jak to co mam na talerzu jest ciężkie, gęste i się tak nie przelewa, ale reszcie rodziny smakowało :).
Na drugie danie zamówiliśmy sobię z Agatą po pizzy. 9.50 lei, 0.5kg wagi - widać na zdjęciu. Siedziałem nad tym chyba z godzinę, ale udało mi się zjeść. Sądzę, że tego dnia nikt tego poza mną nie dokonał, bo wszystkie talerze wracały z resztkami pizz(?) :). Agata, mimo że wspierana przez tatę zostawiła 1/3 na talerzu.
Tanio i pełno w brzuszku (jak się okazało - na kilka dni).
Posiedzieliśmy w środku jeszcze trochę, bo na dworze było straszne oberwanie chmury, a następnie podzieliliśmy się. Rodzice poszli szukać dworca, a my z Agatą do hotelu, bo oboje ledwie chodziliśmy. Po wejściu do pokoju od razu padłem na łóżko, bo zaczął mnie strasznie boleć brzuch i po chwili męczarni zasnąłem. Obudziłem się jak już było ciemno na dworze i jak wszyscy wziąłem ostatnią na kilka dni normalną kąpiel. Z nadal pełnym żołądkiem walnąłem się spać.
Właściwie, to opisałem przy okazji "Dzień 1. - 05.08.06", przejdę więc od razu do dnia drugiego.
Jak wynikało z rekonesansu przeprowadzonego przez naszych rodziców, pociąg do Copsa Mica mieliśmy mieć około 11:30. Nie śpiesząc się więc zbytnio, zebraliśmy rano wszystkie klamoty i objuczeni tym wszystkim ruszyliśmy na dworzec. Po drodze zajżeliśmy na stację busów, która dnia poprzedniego była zamknięta i nie dało się nic dowiedzieć. Okazało się, że o 13:00 odjeżdża bus prosto do Sibiu, więc nie musielibyśmy się przesiadać po drodze w Copsa Mica.
Cena też nie była wygórowana (wydaje mi się teraz, że to było 40lei za 4 osoby), więc postanowiliśmy, że rezygnujemy z pociągu.
Bus zajechał około 20 minut przed planowanym czasem odjazdu i niestety okazał się być pełny - tzn. nie było żadnych wolnych miejsc siedzących. Zmuszeni więc byliśmy do ponad godzinnego stania, trzymania się jedną ręką czego się dało (a nie było żadnych uchwytów, poza ledwie wiszącą rurą), a drugą stabilizowania plecaków, które przy takiej jeździe same stać nie chciały, a inni pasażerowie nie byli zachwyceni jak się o nich obijały, czy chociaż opierały. Tak apropo - w Polsce już nie można stać podczas jazdy takimi busami. W Rumunii jest to jeszcze dozwolone.
Podróży jak się okazało nigdy nie zapomnimy. Kierowca już w samej Sighisoarze, na wąskiej i jak wszędzie tam krętej drodze, rozpędził się do 100km/h, jedząc przy tym chipsy. Na zakrętach zamiast zwalniać dociskał do 120km/h. Nie bał się też żadnych rowerzystów, pieszych idących poboczem. Kiedy tylko zobaczył jakąś przeszkodę na drodze, od razy trąbił (jak i wszyscy rumuńscy kierowcy). Kierowca miał też tendencję do ścinania zakrętów (nie wiedząc co jest za nim ;]) i jazdy środkiem jezdni. W pewnym momencie, kiedy skończyły się chipsy, postanowił na dodatek napić się Coli i bez wahania używał dwóch rąk do manipulowania butelką. Niestety trochę za połową drogi do Sibiu bus nagle zaklekotał i silnik chyba został na asfalcie. Postanowiliśmy wysiąść i dla odmiany trochę posiedzieć. Kierowca w tym czasie zadzwonił do kogoś i ku naszemu zdziwieniu po 5 minutach (jak nie szybciej) podjechał następny bus, z którego wyrzucono pasażerów i załadowano nas.
W Sibiu wysadzono nas pod jakimś stadionem. Nie posiadaliśmy żadnej mapy, więc nie mieliśmy pojęcia gdzie jesteśmy i w którą stronę na dworzec. Los się jednak do nas uśmiechnął, bo pierwszy spytany o coś kierowca, akurat jechał w okolice gary (dworca). Sibiu okazało się strasznie rozkopane. Okolice dworca wyglądały jak jeden wielki plac budowy. Rumunia przeżywa teraz chyba boom gospodarczy i wielkie budowy spotykaliśmy na każdym kroku i wszędzie. I mimo że wydaje się, że poziom Polski osiągnie szybko (poza cyganami, to wcale nie jest tam tak biedniej), to uważam, że jest jeszcze mocno zacofana i do Unii jej daleko. Zbyt duży panuje tam jeszcze bałagan (dosłownie i w przenośni), żeby uznać ich za cywilizowany, europejski kraj. Ja osobiście dałbym im jeszcze kilka lat, żeby się podciągnęli i dopiero pozwolił wejść do UE. Z drugiej strony - co sobie myśleli Niemcy jak przyjeżdżali do Polski kilka lat temu :).
Wracając do wyprawy - niedługo po 15:00 byliśmy w Turnu Rosu (400m npm) - naszej bazie wypadowej na Fogarasze. Od razu z dworca poszliśmy w lewo na szlak. Z początku szło się ciężko, bo szlak w wiosce malowany nie był od lat jakichś... właściwie to nigdy nie był :P, a nasza mapa zaczynała się dopiero sporo za Turnu Rosu. Przypadkiem, a może za sprawą mojej kobiecej intuicji, trafiliśmy na główną drogę we wsi, gdzie spotkaliśmy luzem chodzące krowy i konie (w Polsce raczej rzadkie zjawisko).
Po wyjściu z Turnu Rosu szlak wiedzie drogą, więc zaczęliśmy łagodnie. Jednak jakiś czas za kościółkiem
(szlak nie skręca do kościółka!) wchodzi się na stromą grań i przez następne dwie godziny trzeba się niestety wspinać.
Na wysokości ok. 1200m dochodzi się do bardzo fajnej polanki (wreszcie kawałek płaskiej ziemi). Było już późno, więc postanowiliśmy się tam rozbić. Kawałek niżej było źródełko, więc i z wodą nie było problemu.
Dodam jutro. Co za dużo, to niezdrowo (no i jogga muszę znowu czymś zapełniać). Zresztą - nawet ja nie potrafię tego co napisałem przeczytać w całości :D. A jutro będzie już o górach i zdjęcia będą z gór, więc będzie ogólnie ciekawiej :). Obiecuję.
Stary - chce wiecej, chce wiecej! Super, musze sie tam kiedys wybrac :)
Powiedz mi tylko - jak tam z bezpieczenstwem, bo slyszalem, ze Rumunia do najbezpieczniejszych nie nalezy. Mieliscie jakies problemy?
Nikt nam nic zrobić nie chciał. Ale bywało że nie czułem się komfortowo. Głównie w momentach kiedy zbyt dużo cyganów przebywało obok mnie. A wracając z Rumunii, do czego dojdę, byliśmy w niefajnych miejscach o niefajnych porach.
No i w końcu głównie w górach byłem. A Fogarasze są odwiedzane przez turystów z całej Europy i to głównie ich mijaliśmy na szlakach.
Tiszert, czekam na resztę ;)
Ja byłem rok temu w Rumunii. Wybraliśmy się samochodem i teraz uważam, że to nie była najtrafniejsza decyzja - chyba tylko cudem nie zginęliśmy w zderzeniu z jakąś Dacią Kamikadze. Zwiedzaliśmy co prawda inne miejsca (chociaż byliśmy też w Sighisoarze), ale Rumunia niezbyt mi do gustu przypadła. Czekam na dalszą część.
Avantar - Byłem w Rumunii (w Fogaraszach zresztą ;) jakieś 2 lata temu. Jest bezpiecznie, jesli omijasz cyganów. A miałem kilka noclegów dość nieciekawych, kiblowania po małych dworcach, pod namiotem w industrialnej dzielnicy miasta, itp.
Polecam bardzo wschodnią część Fogaraszy (na wschód od najwyższego szczytu - Moldoweanu), tam przez 4 dni spotkałem może 8 osób. Sami pasterze.
@sharnik: ja właśnie spędziłem część nocy na niedużym dworcu, a i widziałem jadąc pociągiem jak wyglądały mniejsze :] To się raczej nie zmieniło.
Za to góry się zmieniły. Już jest więcej osób. W okolicach trasy Transfogaraskiej, to już w ogóle jak nad Morskim Okiem (a nawet gorzej ;/). Góry zrobiły się trochę bardziej popularne, ale i tak uroku nie straciły :)