Fogarasze 2006 - dni 3 i 4

Wstęp

Galeria ze wszystkimi zdjęciami - Fogarasze 2006 (dni 3 i 4).

#Dzień 3. - 07.08.06

Noc na polance przebiegła całkiem spokojnie. Było cieplutko, nie padało i jedyne co przeszkodziło nam w odpoczynku, to jakieś krowy, czy co, pędzone przez polanę i ludzie potykający się o linki od naszego namiotu. Niestety nie przyszło nam do głowy, że ktoś się będzie o 2. w nocy kręcił.


Budziki mieliśmy nastawione na 7:30, Osiołki pędzone po polance ale głowę podniosłem dopiero godzinę później i tak będąc pierwszym, który to zrobił. Do 10-tej wszyscy się zebraliśmy, a jedyną atrakcją były osiołki pędzone przez polankę i ten sam pasterz co wczoraj rozmawiający przez swoją komórkę (lol :D).

Aha - i ważne - zjedliśmy na śniadanie nasze ostatnie kromki chleba. Jakoś tak wyszło, że nie kupiliśmy go więcej, a ja dałem się przekonać, że wyżyjemy na kus-kusach z mielonkami, [pire] z roztopionym w nim wysuszonym wcześniej serem (pychota :)), kisielach, zupkami mlecznymi i tym podobnych rzeczach.


Tak więc o 10:30 zaczęliśmy dalszą wspinaczkę pod górę. Wspinający się tata Jak pisałem - mapa zaczynała nam się czymś charakterystycznym od 1400mnpm (wczoraj rypnąłem się co do wysokości na jakiej spaliśmy. To chyba było okło 1200m), kiedy to wychodzi się z lasu na połoninę. Po godzinie już łagodniejszego niż wczoraj podejścia doszliśmy na połoninkę. Zrobiliśmy tam postój, bo widoki były piękne. Spotkane pasterki na hasło "gumi-gumi" poczęstowaliśmy gumami do rzucia (moja mama długo nie mogła dojść do tego co chce od niej Rumunka :D).

Pogodę mieliśmy z rana niezłą (jak widać na zdjęciach). Świeciło słoneczko i tylko gdzieś dalej widać było nadciągające chmury. Niestety podczas postoju chmury doszły już do nas i wszystko nam zasłoniły.


Połoniny i rodzice w dali Od teraz wspinaczka była już przyjemniejsza. Widać było z każdym osiągnięciem następnego grzbietu i rozstąpieniem się chmur piękne połoniny, Krajobraz połonin i rodzice w dali a wraz z wysokością pojawiały się też jakieś skałki. Do Saua Corbului (Saua, to przełęcz) doszliśmy po krótkim czasie od odpoczynku i tam zeszliśmy z czerwonego krzyża, na czerwony pasek, którym idzie głównym grzbietem Fogaraszy.

Czerwony pasek i czerwony krzyż to nazwy znaków. Nie za bardzo wiem jak można inaczej nazywać ich szlaki, więc zastosowałem formę opisową. W Fogarasza oprócz krzyża i paska są jeszcze kółka i trójkąty (namiociki takie). Oczywiście jest też podział na kolory.


Następnie wchodzi się na Chica Fedelesului. I niestety nie wiem, kiedy tam byliśmy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały później, że szczyt ten osiągnęliśmy szybko. Jednak właśnie patrzyłem na zdjęcia z innej wyprawy i zdjęcie, które oni zatytuowali "Spre Chica Fedelesului" (cokolwiek znaczy Spre), to to gdzie się rozbiliśmy.

Moim zdaniem jednak tak nie jest. I nocowaliśmy dwa kilometry dalej za Varful Tatarul. Niestety mapa jest tak beznadziejna (w sensie mało dokładna, ale o tym później), że stwierdzić się tego nie da i do dzisiaj nie wiem.


Nasze namioty rozbite pomiędzy skałami W każdym razie - jakoś przed 16:00 zaczęły nas gonić grzmoty i ciemne tym razem chmury. Teraz już nikt nie kłócił się ze mną, że będzie padać Agata wystająca z namiotu i grad, który napadał podczas burzy (ja mówiłem o rychłym deszczu od rana, kiedy zobaczyłem je w oddali :D) i szybko się rozbiliśmy (to jest, jeśli się nie mylę, że byliśmy za Tatarulem - 1800mnpm). Tylko skończyliśmy wrzucać plecaki do namiotu, zaczęło padać i wiać (wiatr widać na zdjęciu, bo się już namiot lekko kładł. Niestety namioty Scout III Salewy są wysokie (125cm) i nieprzystosowane do takiego wiatru). Gradek zebrany z namiotu Nasze namioty między skałami Następne dwie godziny wyglądały tak - lekki deszczyk, mocniejszy, leje, cisza, dup-dup, mocniejszy grad, mocny grad, cisza... lekki deszczyk i tak w kółko kilka razy.

Padać przestało koło 18:00, więc udało nam się wtedy coś zjeść i zrobić trochę zdjęć. Do wieczora jeszcze tylko trochę popadało i kiedy kładliśmy się spać był już spokój. Co najważniejsze - nie wiało, więc tę noc też całą przespaliśmy.

#Dzień 4. - 09.08.06

Niestety o 7:30 obudził mnie deszcz, Piękne góry o zmierzchu który padał do 10:00. Korzystając z chwili spokoju poszedłem po wodę, na dół na przełęcz gdzie dnia poprzedniego widzieliśmy źródełko. Przydał się tutaj składany baniak na wodę. Miejsca w plecaku zajmuje mało, a 5l pojemności wystarcza na prawie cały postój (posiłki i mycie).

Dzikie konie we mgle Będąc po wodę jeszcze trochę zmokłem, ale chwilę później chmury się przerzedziły i postanowiliśmy się zbierać. Jakoś tak w trakcie naszego pakowania zeszły do nas dwa dzikie konie. Piękny widok - zresztą są zdjęcia.

Nim skończyliśmy składać namioty zaczęło znowu padać i stan taki utrzymał się przez cały ten dzień. Tak samo zresztą jak i totalne mleko dookoła nas.


Do Saua Surului doszliśmy szybko (co by też potwierdzała moją tezę apropo miejsca naszego obozowania), bo po jakiejś godzinie (około 3km na mapie). W tym momencie byliśmy już pewni, że osiągnęliśmy wysokość 2000 mnpm, co było dla mnie o tyle ważne, że nigdy nie byłem na piechotę tak wysoko. Po przełęczy Surului idzie się szybko prawym trawersem, ponieważ szlak nie zmienia wysokości, Varful Budislavu aż do czasu kiedy to zaczynamy się wspinać na Varful Budislavu (2343) - zdj.

Kiedy robiliśmy zdjęcia na Budislavu minął nas bardzo ciekawy turysta. Wyglądał na indianina, zawinięty był w ponczo i trzymał w ręcę coś co nazwał bym ciupagą. Widzieliśmy go jeszcze później, kiedy się rozpadało trochę bardziej. Zatrzymał się (chyba już na noc :|) w ten sposób, że usiadł z plecakiem, zakrył się folią, a następnie jakimś cudem obwiązał sznurkiem.


Najtrudniejsze, a właściwie najwolniejsze, całego tego dnia okazało się zejście nad Lacul Avrig (2007). Doszliśmy nad nie około 18:00 i oczom naszym nie ukazało się jeziorko, a wielki śmietnik. Sterta puszek wysoka chyba na 1,5m. Rumuni nie dbają o to gdzie wyrzucają śmieci, a zagraniczni turyści widząc taki kopczyk niestety się dokładają (o tym też później).

Jako że nad jeziorem było dużo kamoli, a my mieliśmy dwa namioty i nie dało się znaleźć miejsca dla dwóch obok siebie, rozbiliśmy się nieco wyżej. Osłonięci od wiatru nie byliśmy, miejsce to okazało się być jednym wielki sraczem (miejscami kilka kupa na metr kwadratowy), ale wyboru nie mieliśmy. Niestety myśmy z Agatą wybrali miejsce, które okazało się być pochyłe i mocno bulowate (w sensie ziemia była krzywa :D). Zmyliła nas trawa, która wszędzie rosła do tego samego poziomu. Tak więc spało mi się mocno kiepsko tego dnia.


Było już późno, więc staraliśmy się od razu pójść spać (oczywiście nie tak od razu - bo jeszcze musiałem coś zjeść :D). Niestety wiało mocno tego dnia i zmuszeni byliśmy podtrzymywać namiot. Na dodatek wszystko było wilgotne, włącznie z powietrzem, a na tej wysokości, kiedy temperatura na termometrze spada do 5 stopni, wydaje się że jest dużo poniżej 0. Zresztą - mocno ubrany zmarzłem w śpiworze z ekstremum -3, a poniżej 0 nie było na pewno.

I jedna obserwacja na koniec - po godzinie 21:00 znowu zrobiła się cisza. Tylko ta zasrana mgła, od której robi się nie dobrze, która zasłania całe góry, a w skrajnych momentach nawet osobę stojącą kilka metrów od obserwatora. Niby nic, ale tak bura pogoda utrzymująca się przez tak długi czas (mówię z perspektywy następnych dni) sprawiała, że wszyscy stawali się ponurzy, nerwowi i niechętni do czegokolwiek. No i gór nie było w ogóle widać.


Ale o tym właściwie powinienem pisać następnego dnia.

Na razie koniec :).


Komentarze do notki “Fogarasze 2006 - dni 3 i 4”

  1. gabi 

    kurczaki zazdroszczę Ci...
    szkoda tylko, że pogoda za bardzo Wam nie dopisywała. :/

  2. Reinmar 

    No niestety... Ponoć popsuła się właśnie jak przyjechaliśmy.
    Zresztą - nie tylko tam się popsuła, ale i w całej Europie.

  3. Symek 

    'niedobrze' piszę się razem :P

    Łał, zmieniłeś styl linii :D

Zostaw odpowiedź