Fogarasze 2006 - dni 5 i 6

Wstęp

Galeria jak zawsze dostępna.

#Dzień 5. - 09.08.06

Otwieram oczy, patrzę na zegarek jest 7:30. Zastanawiam się co mnie mogło obudzić o tak nieludzkiej porze. Otwieram szerzej oczy i coś mi nie pasuje... Otwieram wejście do namiotu i nie mogę uwierzyć własnym oczom - światłość!

Piękny dzionek w Fogaraszach Tak zaczął się piąty dzień wyprawy. Po ciężkim noclegu nad jeziorem Avrig obudził nas niesamowity widok. Zero chmurek i przepiękny krajobraz otaczających nas szczytów (Turnu Lacului (2247) i Varful E. Ciortea (2419)). Słoneczko w Fogaraszach Mimo przenikliwego zimna, ciężkiej nocy i mokrych rzeczy zachciało mi się iść dalej. Wreszcie doczekałem się tego po co chciałem jechać - prawdziwych wysokich gór.

Świeciło piękne słońce, więc obudziłem wszystkich żebyśmy zaczęli się suszyć. Wyciągnąłem co mogłem z namiotu i rozłożyłem na kamieniach, których nie brakowało.


Niedługo po tym jak wstaliśmy zaczęły się jednak pojawiać chmurki. Wychodziły zza szczytu, który znajdował się na południowy-wschód od nas. Znowu chmury... Jednak chwilę po tym jak pojawiły się za nim, znikały... Przepadały. Wyglądało to jak walka chmur ze słońcem (które było trochę ponad szczytem i wędrowało leniwie do góry).

Do godziny 10:00 wygrywało światło. Niestety, co przewidziałem (jak tu nie być pesymiastą w takich górach? ;), o 11:00 wwiało nam chmury, które już definitywnie przesłoniły wszelkie widoczki.

Niechętnie się zbieramy i po godzinie ruszamy dalej. W tym czasie nad jezioro schodzi grupa 20 Rumunów i kiedy moja mama chce wyrzucić kilka puszek na ogromną ich hałdę (mówiłem, żeby tego nie robiła ;/), jeden z nich zwraca nam uwagę. Zdziwiło nas to mocno, bo czytaliśmy i sami też już widzieliśmy, że Rumuni śmiecą gdzie popadnie. Zapewniliśmy jednak pana, że następnym razem weźmiemy wszystko ze sobą i poszliśmy dalej.


Tego dnia doczekałem się nie tylko pięknych widoczków, ale i drugiej rzeczy na jaką czekałem - trudniejsze przejścia. Żleb który sprawił nam duuużą trudność Już na starcie trafiamy na stromy, urozmaicony skałami i żlebami trawers. Niestety razem z frajdą dla mnie zaczęły się problemy mojego taty Kije trekingowe zaczęły mu bardzo przeszkadzać, a obawa przed zbyt mocnym zgięciem kolana i urazem skutecznie wydłużała nam przejście. W pewnym momencie tata nie poczekał aż sprawdzę, czy lepiej pójść żlebem, czy skałami nad miejsce gdzie się żleb zaczynał, ale gdzie pokradziono wszelkie liny i wybrał pierwsze rozwiązanie. Wybrał i ugrzązł. Okazało się, że wszystko tak mocno sypie się w dół (a nie było widać co tak naprawdę jest pod nami i jak daleko się ciągnie to zbocze), że tata zaczepił się wszystkimi kończynami i nie zamierzał ruszyć żadnej z nich z miejsca. Nie pamiętam już dobrze, ale chyba musiałem wtedy sam ściągnąć plecak i jakoś podejść nad tatę i mu pomóc z góry. Pamiętam za to, że już wtedy musiałem się bardziej wysilić i że wiszenie z 20 kilogramowym plecakiem w jednej ręce, z drugą ręką starającą się utrzymać mnie przy skale i mamą nie za bardzo wiedzącą co robić nie jest rzeczą łatwą i bezpieczną ;].


W momencie kiedy męczyliśmy się na trawersie, Chmury na grani dogonili nas Rumuni, którzy już widocznie odpoczęli nad jeziorkiem. Przepuściliśmy kilku z nich i w środku grupy powędrowaliśmy do przełęczy pomiędzy Varful Garbova i Varful Scara. Tata i chmury na grani Tam postanowiłem ściągnąć trochę ubrań z siebie, a reszta rodziny zaczęła rozmowę z Rumunem, który okazał się być bardzo gadatliwą, wesołą i miłą osobą. Nie pamiętam jak się nazywa, a że jeszcze pojawi się kilka razy, to nazwijmy go Dżordż.

Postój, w tle Rumuni Po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. Szybko z Agatą dogoniliśmy naszych nowych znajomych, którzy ruszyli chwilę przed nami z postoju i mieszając się z nimi (niektórzy szli wolno, a niektórzy naprawdę nieźle) wspięliśmy się stromym podejściem na Varful Scarę.


Taka ciekawostka - na dwóch zdjęć widać jak chmury ucinają się na grani. Widok taki nie był w tych górach czymś przypadkowym. Fogarasze mają przebieg ze wschodu na zachód. Na północy jest jeszcze nasz klimat umiarkowany, a na południu od nich klimat zdecydowanie cieplejszy. Północne powietrze, które unosi się i ochładza przy tym, osiąga przed granią punkt rosy i tworzą się tam chmury. Kiedy jednak dochodzi do grani, dużo cieplejsze, południowe powietrze blokuje to drugie i ocieplając je likwiduje chmury. To trochę moja teoria, ale wydaje się być sensowną :)

Tego dnia mój tata nie czuł się najlepiej, a mieliśmy do wyboru dwa miejsca na nocleg. Przełęcz Serbotei przed Varful Serbotą (2331) i przełęcz Cleopatrei pomiędzy Serbotą a Varful Negoiu, na który chcieliśmy się wdrapać następnego dnia, a który znany był z tego że jest jednym z najtrudniejszych szczytów dostępnych szlakiem w całych Karpatach. Ponoć Orla Perć się nie umywa nawet do Negoiu.

Lekko nastraszeni takimi opiniami chcieliśmy spać jak najbliżej Negoiu. Widok nie wiem skąd i na co Niestety kiedy schodziliśmy na przełęcz Serbotei zaczął padać deszcz i biorąc pod uwagę nieciekawy stan mojego taty zatrzymaliśmy się tam (doszliśmy około godziny 16:30).

Przełęcz we mgle wydawała się być całkiem płaska. Nie mówię prostopadła do pionu, ale była po prostu jak przechylona o 5 stopni deska. We mgle nie było widać nic więcej, więc zapowiadał się nocleg bez wody, bo nie widzieliśmy jej od dawna, a mapa też nic nie pokazywała w pobliżu.


Ta noc zapowiadała się w porównaniu do ostatniej dużo lepiej. Było spokojnie, chyba bezwietrznie, całkiem ciepło dzięki temu i tylko chmuromgły zasłaniały wszystko.

#Dzień 6. - 10.09.06

Około pierwszej w nocy obudziło nas oberwanie chmury. Na szczęście deszcz lejący się wiadrami, nie łaczył się w tym odosobnionym wypadku z wiatrem, więc szybko z powrotem zamknąłem oczy.


A rano znowu słońce Tego dnia też powitało nas słońce. Niestety tym razem nawet nie marzyłem o ładnym dniu, bo co chwilę jakaś chmura psuła mi humor. Znowu chmury

Zebraliśmy się wyjątkowo szybko, bo chcieliśmy uniknąć popołudniowego deszczu (codzień przecież zaczynało padać około 16 (no chyba że padało non-stop:P)) i wyruszyliśmy o 10:00. Od naszej strony wejście na Serbotę było łagodne, więc nie zaczynaliśmy ciężko.

dWidok na dół z SerbotyWidok na dół z Serboty Jednak widok jaki ukazał nam się na górze... Szybko zmienił nasze rozluźnione nastroje. Zresztą napis głoszący, że przy złej pogodzie wstęp na grań zabroniony dużo wyjaśniał :).


Na Serbocie posiedzieliśmy kilka minut. Ja przeszedłem się trochę w dół czerwonym szlakiem (z góry schodził jeszcze żółty, którego oczywiście na mapie być nie mogło). Zszedłem kilkaset metrów i stwierdziłem, że to może być zbyt ciężkie dla mojego taty. Wróciłem na górę i po mojej opowieści postanowiliśmy spróbować zółtym, którym chwilę przed nami zaczęła schodzić jakaś grupka. W pierwszym momencie wydawało nam się, że wybraliśmy dużo łatwiejszą trasę, niestety po chwili dochodzi się do żlebu, przed którym trzeba przetrawersować mocno pochyłą płaską płytę skalną. Tutaj pierwszy raz przydała się lina, którą ściągnęliśmy taty plecak po tym. I rada na przyszłość - worek na mój namiot jest szerszy niż plecak i przypocowany u jego dołu. W takich warunkach niemożliwym jest niezachaczenie nim o jakieś skały. Nie obtarł się może jakoś mocno, ale ślady na tropiku są. Lepiej namiot wrzucić do plecaka (do mojego się nie dało bo to tylko 60l).


Żółtym szalkiem schodzi się tylko chwilkę. Po żlebie następuje wypłaszczenie i bez problemu można wrócić na czerwony. Niestety nie robiliśmy tam zdjęć. Ten dwukilometrowy odcinek był tak trudny, że nikt nawet nie myślał o wyciąganiu aparatu. Ciągła wspinaczka, czasami na granicy dużego ryzyka.Piękna grań, którą wiedzie szlak Czytałem o ludziach, który tam spadli kilka metrów i właściwie to... mieli szczęście że tylko tyle ;).

Wspinamy się Niedaleko za Serbotą zza skał wyłoniły nam się znajome twarze. Oto Dżordż i jego dziewczyna (powiedzmy Żanet) szli w przeciwnym kierunku. Znowu grań Okazało się, że nocowali poniżej Negoiu, gdzie zostawili resztę ekipy. Przynajmniej tak nam się wydaje, bo Dżordż mówił tak szybko i chaotycznie, że ciężko było wyciągnąć kto i gdzie kogo i dlaczego zostawił. Skończyło się na tym, że poszli jeszcze kawałek w stronę Serboty, zawrócili, dogonili nas i przez całą drogę na Negoiu robili za naszych przewodników. Zresztą - okazali się bardzo pomocni. Znali już szlak i prowadzili bardzo pewnie.


Praktycznie przez całą grań pomiędzy oboma szczytami trzeba się było wspinać. Dopiero na przełęczy Cleopatrei (niby mieliśmy tam nocować - śmieszne :D) wypłaszczyło się i wreszcie można było odsapnąć. Jeszcze tylko pod samym szczytem trochę wspinaczki i... Około 16:30 zdobyliśmy szczyt. My na szczycie Nasi przewodnicy na szczycie Niestety niedługo przed wejściem na górę zaczęło kropić i stan już taki utrzymał się do końca dnia. Zmiejszyło to trochę radość bo niedość, że nic nie było widać do okoła, to jeszcze się mokło.


Na górze było zimno, wiało i padało. Był jednak zasięg, więc powysyłałym SMSy :D. Zjedliśmy sobie jakieś konserwy i zabraliśmy się za planowanie zejścia. Dżordż i Żanet postanowili zejść Strungą Draculi. Jest do stromy żleb znajdujący się pomiędzy dwoma płytami skalnymi. Cały olinowany, ale mimo tego wszystkie wycieczki o których czytałem rezygnowały z zejścia tamtędy kiedy padał deszcze.

Naszym przewodnikom się nie dziwie, Agata nad jeziorem że poszli żlebem Draculi, bo sam też bym poszedł. Byliśmy jednak całą rodziną, więc postanowiliśmy zejść Strungą Doamnei. Krajobrazy księżycowe Miała być prostsza i pewnie była, ale próba nie zabicia się na osypującym się żlebie, a później przeciśnięcia się przez szeroką na jakiś metr szczelinę w skale zajęła nam sporo czasu.


Schron Caltun Nad jezioro Caltun zwlekliśmy się dopiero o 18:00. Schron był już zajęty przez grupkę Rumunów, więc mimo bardzo silnego wiatru i deszczu musieliśmy rozbić namioty. Niestety nad jeziorem nie ma żadnych naturalnych osłon i na dodatek w miejscu położonym najniżej było już rozbite kilka namiotów. Zmuszeni więc byliśmy do rozbicia się na wzniesieniu.


Wiatr się wzmagał i zapowiadała się bardzo ciężka noc...


Komentarze do notki “Fogarasze 2006 - dni 5 i 6”

  1. AvantaR 

    No, no - teraz coraz bardziej mnie interesuja te gorki :) Mowisz, ze nie masz zadnych zdjec z tego Negoiu :/ ?

  2. Reinmar 

    Tzn - te dwa zdjęcia gdzie jest mój łeb i to z moimi rodzicami to jest z grani pomiędzy Negoiu a Serobtoą, czyli najtrudniejszego miejsca. Ale mało widać, bo robione były w tych miejscach, w których dało się wyciągnąć aparat.

Zostaw odpowiedź