... mecz w reprezentacji szkoły w piłkę ręczną zagrałem we środę.
Ten dzień będę pamiętał długo. Mieliśmy (my, czyli IIILO) grać z LZNem. Ci jednak oddali walkowera, tak samo jak i XIVLO, które tego samego dnia miało grać z IILO. Zrobił się mały bałagan, ale że wszyscy jesteśmy razem w grupie, to dogadaliśmy się z dwójką, że możemy z niemi zagrać.
Adrenalina skoczyła mi do góry jeszcze bardziej niż na myśl o meczu z LZNem. IILO to ubiegłoroczni mistrzowie, więc mój pierwszy mecz miałem grać z teoretycznie najsilniejszą drużyną.
Rozgrzewka, pomachałem łapami, nogami, wszystkim. Zwróciłem uwagę na górną część ciała, którą zawsze po meczach międzyklasowych miałem poobijaną. Trochę porzucałem, żeby sprawdzić czy jakoś mi dennie nie idzie i pocieszyłem się, bo nawet z dość małych kątów (licząc od lini bramkowej) praktycznie wszystko wpadało.
Mecz chyba zaczął się od naszego prowadzenia. Z początku postanowiłem grać bardzo uważnie w obronie i nie rzucać. Nie chciałem się już z samego początku spalić nie trafiając w bramkę przeciwnika i zostawiając dziury w obronie. Do końca pierwszej połowy nie oddaliśmy prowadzenia i jedyną uwagą od prof. Cygala było żebym biegał równo z lewym skrzydłem, bo zostawałem z tyłu. Właściwie, to nerwy zostawiłem już za sobą. W obronie żadnego ewidentnego błędu nie popełniłem i żadnej piły nie podałem przeciwnikowi :D.
Druga połowa wyglądała już inaczej. Zmienił się lewy skrajny w drużynie IILO na kolesia po tonie sterydów, czyli najgorszą opcję dla mnie, bo jestem chudy i w porównaniu z tymi wszystkimi kolesiami bardzo słaby. Pierwszy nasz kontakt skończył się tym, że odbiłem się od niego jak od ściany. Lubił jednak grać do środka, więc w obronie nie musiałem go praktycznie zatrzymywać. Prowadziliśmy chyba 3 bramkami, więc postanowiłem mocniej zejść do linii bramkowej i rzucić. Podanie... I karny. Przy rzucie dostałem po ręce. Nic mi się nie stało, ale byłem zły, bo nie pozwolili mi rzucić mojej pierwszej bramki. Po kilku akcjach dostałem kolejne podanie. Miałem miejsce, więc zbiegłem trochę do środka i w momencie kiedy wskakiwałem w pole, zostawiając już kafara z obrony za sobą, zostałem złapany za rękę. Wylądowałem na ziemi (nie upadłem) i nie byłem w stanie ruszyć ręką. Podbiegł od razu prof. Cygal i zaprowadził mnie pod naszą ławkę. Pominę to, że gra nie została zatrzymana, bo mnie to już nie obchodziło. Moja lewa ręka wypadła z barku i aż ciężko było mi wyczuć gdzie jest.
Karetka przyjechała po pół godzinie. Ręka niesamowicie bolała, ale jeszcze pewnie spora dawka adrenaliny pomagała mi przeżyć to oczekiwanie. Ratownicy podnieśli mnie z ziemi, ale od razu zrobiło mi się ciemno, więc w rezultacie odwieźli mnie do ambulansu na wózku. Po drodze na Skłodowskiej (na szczęście nie mam jeszcze 18 lat, więc wylądowałem na dziecięcym) zrobili mi zdjęcia moją komórką (niestety nie mam ich jak zrzucić teraz na kompa ;() i porozmawialiśmy sobie o tym co mi będą robić.
Przyjęto mnie na ostrym dyżurze od razu. Pielęgniarka spisała co stwierdzili ratownicy (brak złamań, zwichnięty bark), zbeształa mnie za lekko tylko pomiętą legitymację, nie śpiesząc się z niczym wypełniła papierki, odesłała ratowników, zadzwoniła po ortopedę (chyba). Nim jeszcze przyszedł zaczęła się ze mną kłócić, że mam złamany obojczyk, że to jej przekazali ratownicy. Pomyślałem, że może tamci chcieli mi oszczędzić wymieniania wszystkich urazów. Na szczęście ortopeda szybko potwierdził, że to zwichnięcie bez złamania (pielęgniarka oczywiście źle przeczytała ;/). Wysłał mnie na prześwietlenia. W międzyczasie przyjechała moja mama, powiadomiona przez profesora. Zrobili mi 3 zdjęcia, a ból stawał się coraz silniejszy.
Od meczu (około 12:40) minęło już półtorej godziny, a ja nawet jeszcze nie dostałem żadnych leków przeciwbólowych. Stwierdzono, że na pewno nie ma złamania i odtransportowano mnie na oddział. Tam miałem odczekać 6h od ostatniego posiłku (jadłem kanapkę około 11), ponieważ miałem mieć pełną narkozę. Wbili mi wenfoln i podali lek przeciwbólowy. Igieł się boje strasznie, ale przyjąłem wtedy rurkę w mojej żyle z przyjemnością. Odwieźli mnie na łóżko, podłączyli do kroplówki (poczułem się jak ofiara prawdziwego, poważnego wypadku :D) i kazali czekać do 17:00 na zabieg.
Lek nie zaczynał jednak działać. Godzinę czekałem dostając już całkiem silnych drgawek. Dopiero o 16:00 ból ustał i chyba ze zmęczenia zasnąłem. Cały czas była przy mnie mama, która starała się mi pomóc, robiąc co mówię. Nie da się jednak w żaden sposób uśmierzyć bólu zwichniętej ręki, który jest dużo mocniejszy niż po złamaniu. Denerwowałem się więc tylko na nią i tyle z tego było.
Równo o 17:00 zabrano mnie na górę na chriurgiczny. Czas mi się już tak nie dłużył, bo nie czułem bólu. Porozmawiałem sobię z praktykantką, która jak się okazało chodziła do IIILO. Dostałem jakieś leki rozluźniające, które zadziałały jak piwo i zrobiło mi się jeszcze milej. Pamiętam, że chciałem zapamiętać jak to się zasypia do narkozy. Trochę się tego bałem, więc chciałem zwrócić szczególną uwagę na wszystko co się będzie działo. Przewieziono mnie na salę operacyjną, podłączono do sprzętu pikającego, z czego pamiętam, że się śmiałem. Zmieniono kilka razy kroplówki. Za każdym razem pytałem, czy już mnie usypiają. Mówili jednak, że to jeszcze nie teraz, przyłożono mi kilka razy jakąś maskę i tyle pamiętam.
Jak się obudziłem to się zdziwiłem, bo pytałem się czym mnie będą usypiać. Ktoś odpowiedział, że czymś podawanym do krwii, a zasnąłem chyba po tym jak nawdychałem się czegoś z maski. W każdym razie - było super. Nie bolało, nie było mi niedobrze, byłem całkowicie przytomny. Poznałem godzinę (około 18:00), bo puścili mi Pierwszą Miłość, której nie cierpię. Wywnioskowałem, że wszystko musiało pójść zgodnie z planem, bo skoro byłem pod narkozą pół godziny, to znaczy, że nie podawano mi leku zwiotczającego mięśnie.
Nie musiałem w szpitalu zostać na noc. Wypuszczono mnie po zagipsowaniu i przyjęciu przez mój żołądek herbatki.
Podsumowując - to był najcięższy dzień w moim życiu. Tak mocnego i długotrwałego bólu nie odczuwałem jeszcze nigdy. Na szczęście trafiłem na dobrych lekarzy (pomijając pielęgniarkę), którzy sprawili, że czułem się nawet całkiem bezpiecznie.
Siędzę teraz w domu, poprawiając swój pancerzyk i patrzę na buty, które sobie kupiłem z myślą o meczu. Prawdopodobnie szybko nie zagram, ani się nie powspinam. Już postanowiłem, że nie będę grał do końca roku. Za bardzo się teraz boję. Na myśl o tym co mi się stało, tracę chęć na dotykanie tej piłki. Bardzo lubię grać i chyba dopiero na studiach odważę się na jakiś mecz.
Gips będę miał 2-4tyg. Już postanowiłem, że biorę się do roboty żeby wzmocnić mój bark. Żebym chociaż na studiach mógł pograć.
A buty będą czekać... :(
Jak ktoś chce zdjęcia, to są tu (patrzcie jaki kafar po lewej), tu i tu.
Tak swoją drogą - miał ktoś znajomego, czy kogoś, komu stało się to co mi? Jestem ciekawy jak to dalej wygląda.
Aha - mecz wygraliśmy. 21:13 i z LZNem 10w:0 :) Trójka idzie na mistrza!
(nie)zły hardkor ;]
ale na wycieczkę na szczęście z nami pojedziesz :)
No to gratuluję samozaparcia :D
Jak myślisz, że cię będziemy nosić... ;P
Szkoda że tak zaraz na początku sportowej kariery taka wpadka...
Powodzenia w kadym razie :)
wracaj do zdrówka szybko.
oby tylko nic z barkiem więcej nie działo... :/
:)
Pamiętaj: jak Ci ręka odpadnie, to miej pod (drugą) ręką 'kropelkę'. Kuruj się pało :)
Kiedy będziesz mógł iść na ściankę?
Nie wiem... Na razie czekam aż ściągną.
Siema!!Mam ta sama kontuzje barku:( ciezka sprawa. Napisz do mnie to pogadamy o tym barku:) 5172767