Opublikowane na licencji CC przez Roberta Thomsona.
Tytułem tym chciałem nawiązać do ubiegłotygodniowego wpisu Dlaczego frameworki CSS ssą?. Niech tradycją się stanie, że kiedy używam słowa "ssać" to chcę coś nieobiektywnie pojechać. Piszę "nieobiektywnie", żeby mnie ktoś znowu nie próbował przekonać, że wpis ten w mych oczach miał pretendować do bycia obiektywnym. Nie — to jest blog i publikuję tu moje odczucia, a nie badania naukowe (które notabene, po wpadce klimatologów, wiemy już jak są prowadzone).
Wpis ten zacząłem pisać wczoraj wieczorem, jeszcze zanim miałem okazję przeżyć dzisiejsze przygody (które wymieniam na liście). Tak więc czara goryczy przelała się już wcześniej, a to co stało się dzisiaj tylko mnie przekonało, że bardzo chcę opublikować ten tekst.
Żeby było jasne — iPhone (wersja 3G) jest oryginalny, zakupiony w Erze półtora roku temu, nigdy nie jailbrake'owany, nigdy nie przytrafiło mu się też nic strasznego. Windows do którego go podłączam włączany jest tylko w celu synchronizacji telefonu z iTunesem, bądź odpalenia kilku gier (kupionych w sklepie, nie ściąganych). Można więc przyjąć, że jest w miarę czysty.
Co przydarzyło mi się dzisiaj:
To wszystko zabolało mnie jednak w głównej mierze dzisiaj. Poprzednia akcja ze zwiechą podczas włączania telefonu zakończyła się udaną synchronizacją i przywróceniem akceptowalnego stanu. Tak więc co natchnęło mnie wczoraj do rozpoczęcia pisania tego wpisu?
Wszystko to co mnie irytuje w tym telefonie nie zmienia jednak jednego — Apple ma niesamowitych projektantów interfejsów. Kiedy wreszcie pozbędę się tego bezużytecznego narzędzia, to nie sądzę żebym w jakimkolwiek innym systemie czuł się tak dobrze. Szkoda.
Powstrzymałem się w tym tekście od użycia naprawdę wielu brzydkich wyrazów, więc na koniec tylko podsumuję całą sytuację — kurwa, nigdy więcej sprzętu, którego nazwa zaczyna się od "ip".
Ciekawy jestem czy tylko ja mam takie problemy z tym telefonem. Przeszło mi rzecz jasna przez myśl, że słuchawka może być uszkodzona. Wolę jednak wierzyć, że pozostali też mają problemy, ale boją się to przyznać, bo przecież tak kiedyś zachwalali iPhone'a ;). Szkoda tylko, że kiedyś to był naprawdę fajny sprzęt.
Od teraz KK pozwala mi się żenić bez zgody rodziców, wpuszczą mnie wreszcie do niektórych pubów i w ogóle :P Teraz dopiero czuję się dorosły. No i w końcu to oczko — więc to musi być szczęśliwy rok.
Minął już zdecydowanie ponad miesiąc od kiedy "wydłużyłem sobie dobę", pora więc na jakieś podsumowanie.
Pierwsza rzecz o której wypada mi wspomnieć, to to, że udało mi się utrzymać zmianę w swoim dobowym grafiku. Poniedziałek, wtorek i czasami środa stawiam się w pracy na 7:00-7:15, co uważam za swój spory sukces. Szczególnie teraz, w tym burym okresie, daje mi to kopa, bo więcej czasu działam przy świetle dziennym. Muszę przyznać, że nie było dla mnie w święta nic gorszego, niż wstać o 14stej i do końca dnia nic nie robić, bo "przecież już wieczór, ciemno i w ogóle". No ale właśnie - przechodzimy do porażki.
Porażką jest absolutny brak zmian w pozostałych dniach tygodnia i dniach świątecznych. Ciągle wstaję pomiędzy 9tą - 12stą, ekstremalnie 14stą. Spowodowane jest to tym, że chodzę późno spać, bo godziny 0:00 - 2:00 to dla mnie wciąż najproduktywniejszy okres. Ucisza się komunikator, ucisza się dom, mam święty spokój i mogę spokojnie skończyć to co danego dnia zacząłem robić.
Plan na najbliższy miesiąc, który akurat będzie miesiącem kolokwiów, jest taki aby trochę ograniczyć czas kiedy mam włączony komunikator. Blip, mimo swoich niewątpliwych zalet, ma jednak też poważną wadę - rozprasza. Zobaczymy jak zadziała metoda nie wprost :).
PS. wziąłem się ostatnio na poważnie, za projekt, który wisiałem koledze. Oznacza to, że pisać będę raczej rzadko. Trzeba zakończyć kiedyś tę otwartą pętlę :)
Tym razem będzie krótko i o życiu.
Do niedawna mój przykładowy dzień wyglądał tak:
Dało się tak żyć w lecie. Teraz niestety prawie całą moją dobę było ciemno za oknem, co zaczęło dodatkowo działać depresyjnie. Do tego stałem sobie codziennie w pięknych koreczkach tracąc dodatkowe godziny doby i denerwując się, co działa demotywująco.
Całkiem przez przypadek założyłem się z siostrą, że wyjdę z domu przed nią (czyli przed ok. 8:00). Budziki nastawiłem już od 6:20, bo potrzebuję minimum pięciu żeby się obudzić. Fartem - złapał mnie już pierwszy i... pierwszy raz od... uh - roku? dwóch? wyszedłem z domu o 6:50. I mój dzień wyglądał tak:
I tak żyłem przez kilka dni. Efekt niesamowity. Zrobiłem rzeczy, które wcześniej zajęłyby mi kilka tygodni. Dodatkowo psychika lepiej znosi zimę, bo nie przesypiam połowy dnia. No i w jeden z 3 dni pracuję tylko 4h.
Co prawda dzisiaj (co widać po godzinie) idę spać późno, ale to wypadek przy pracy. Zamierzam i tak wstać o 7:00, bo najważniejsze, to wyrobić sobie nawyk. Dobranoc i życzcie mi powodzenia :)